Odzież Ciążowa - Kod Pocztowy - Twilight - Stephenie Meyer - Gry Śmieszne - Kolektory słoneczne - RTG - Moda - bank Katowice - Gry dla Dzieci - Angielski Łódź

Wielkie odliczanie

Rakieta

wrzesień 21st, 2008

Sullivan uścisnął dłoń najpierw Lucasowi, potem Rashadowi. Uśmiechał się szeroko, mimo że jego nadzieje powoli gasły. Czuł instynktowną niechęć do tych dwóch elegantów, których pieniędzy Casper tak rozpaczliwie potrzebował. Firma Apogee Engineering, ich dziecko, ich marzenie, które hołubili przez ostatnie trzynaście lat, właśnie szła na dno i uratować ją mógł tylko świeży zastrzyk gotówki od nowej grupy inwestorów. On i Casper musieli teraz stanąć na głowie. Jeśli im się nie uda, mogą spakować swoje zabawki i przerobić rakietę na karuzelę w wesołym miasteczku. Sullivan wskazał ręką Apogee II, która przypominała bardziej potężny hydrant z okienkami niż statek kosmiczny. Wiem, że nie wygląda zbyt imponująco rozpoczął lecz jest najtańszym i najbardziej praktycznym spośród istniejących pojazdów kosmicznych wielokrotnego użytku. Wykorzystuje wspomagany system startu SSTO. Zasilane ciśnieniowe silniki już na wysokości dwunastu kilometrów rozpędzają pojazd do prędkości czterech machów. Orbiter nadaje się w całości do powtórnego użytku i waży tylko osiem i pół tony. Spełnia wszelkie warunki, od których, naszym zdaniem, zależy przyszłość komercyjnych podróży kosmicznych. Jest mniejszy od innych statków. Szybszy. Tańszy. Ponieważ, panie Rashad, mówiąc między nami, Rosjanie znają się na przemyśle rakietowym lepiej niż ktokolwiek inny na świecie. Skonstruowali tuziny silników rakietowych z napędem na paliwo płynne, stosując zaawansowane materiały, które sprawdzają się w warunkach wysokiego ciśnienia. Mówię to z przykrością, ale w naszym kraju zbudowano tylko jeden taki silnik od czasów Apolla. Teraz jest to przemysł międzynarodowy. Uważamy, że nasz produkt powinien być skonstruowany z najlepszych komponentów… bez względu na to, skąd pochodzą. W jaki sposób… ta rzecz ląduje? ? zapytał Lucas, spoglądając podejrzliwie na podobną do hydrantu rakietę. To właśnie jest w niej najpiękniejsze. Jak panowie pewnie widzą, Apogee II nie ma skrzydeł. Nie potrzebuje pasa do lądowania, ponieważ opada prosto w dół. Spadochrony zmniejszają szybkość spadania, poduszki powietrzne amortyzują lądowanie. Może lądować gdziekolwiek, nawet w oceanie. Ponownie musimy uchylić kapelusza przed Rosjanami, gdyż skopiowaliśmy to rozwiązanie ze starej kapsuły Sojuza. To był ich niezawodny patent przez dziesięciolecia. Z bardzo małym promem kosmicznym. Ten projekt zabrał nam trzynaście lat pracy. Wydaliśmy tylko sześćdziesiąt pięć milionów dolarów: to bardzo mało, jeśli porównają to panowie z kosztami normalnego promu. Oceniamy, że zwrot kosztów inwestycji wyniesie trzydzieści procent w skali roku, jeśli uda się ją wystrzelić dwieście razy. Koszt jednego lotu wyniesie osiemdziesiąt tysięcy dolarów, a w przeliczeniu na kilogram ładunku tylko trzysta. Mniejszy, szybszy, tańszy. To nasza mantra.

Co to było?

wrzesień 21st, 2008

Sullivan Obie obudził się z jękiem, słysząc terkot telefonu. W głowie dzwoniły mu cymbały, usta śmierdziały jak stara popielniczka. Sięgając po słuchawkę, zrzucił ją niechcący z widełek. Hałas sprawił, że skrzywił się z bólu. Nieważne, pomyślał, odwracając się na drugi bok. Zobaczył przed sobą gęstwę splątanych włosów. Kobieta? Mrużąc oczy przed porannym światłem, odkrył, że istotnie w jego łóżku leży kobieta. Miała blond włosy. I chrapała. Zamknął oczy w nadziei, że gdy się powtórnie obudzi, już jej nie będzie. Nie był jednak w stanie zasnąć. Nie pozwalał mu na to trzeszczący w upuszczonej słuchawce głos. W końcu poddał się i odebrał telefon. Inwestorzy. Cholera. Usiadł i potrząsnął głową, czekając, aż ustąpią zawroty. Odłożył słuchawkę i potknął się o własne stopy. Dziewczyna nawet nie drgnęła. Nie wiedział, kim była, ale zostawił ją śpiącą w łóżku, mając nadzieję, że nie ma w domu nic, co warto by ukraść. Nie było czasu na prysznic czy golenie. Połknął trzy aspiryny, popił je filiżanką mocnej kawy i odjechał z rykiem na swoim harleyu. Bridget czekała na niego przed hangarem. Wysoka, ruda i wściekła jak osa, wyglądała dokładnie tak, jak sugerowało jej imię. Niestety czasami stereotypy okazują się prawdziwe, pomyślał. Z westchnieniem wszedł do hangaru. Po oślepiającym blasku półmrok przyniósł ulgę jego oczom. Dopiero po chwili zobaczył trzech mężczyzn, stojących przy pokrytym czarnymi termicznymi płytkami orbiterze Apogee II. Obaj ubrani w wizytowe garnitury goście wyraźnie nie pasowali do wypełnionego narzędziami i sprzętem lotniczego hangaru. Dzień dobry panom! zawołał. Przepraszam za spóźnienie, ale zatrzymała mnie konferencja telefoniczna. Wszyscy wiemy, jak takie sprawy mogą się przeciągnąć… Napotkał spojrzenie Caspera Mulhollanda. Nie przeginaj pały, mówiły jego oczy. Przełknął ślinę. Goście prawie nie zareagowali. To zły znak, jeśli uniwersalny język Gwiezdnych wojen nie przywołuje na usta uśmiechu.

Najgorsze chwile

wrzesień 21st, 2008

Serce zaczęło jej bić szybciej, w żyłach huczała adrenalina. Słuchając odliczania, wiedziała, sekunda po sekundzie, czego się spodziewać, oczyma wyobraźni oglądała sekwencje rozgrywających się wydarzeń. W punkcie T minus 8 sekund pod wyrzutnię popłynęły tysiące galonów wody, tłumiące ryk silników. W punkcie T minus 5 sekund komputery pokładowe otworzyły zawory, którymi do głównych silników powędrowały płynny tlen i wodór. Poczuła, jak prom dygoce i przechyla się na boki, szarpiąc mocowania, które wciąż wiązały go z wyrzutnią. Cztery. Trzy. Dwa… Punkt, z którego nie ma powrotu. Wstrzymała oddech i mocno zacisnęła dłonie. W tym samym momencie włączyły się wspomagające silniki na paliwo stałe. Turbulencja wytrząsała z niej wszystkie kości, huk był tak potężny, że nie słyszała głosów w słuchawkach. Musiała zacisnąć mocno szczęki, żeby nie dzwoniły jej zęby. Czuła, jak prom wchodzi w zaplanowaną trajektorię nad Atlantykiem. Sięgające trzech G przyspieszenie wgniatało jej ciało w fotel. Ręce i nogi miała tak ciężkie, że prawie nie mogła nimi poruszać. Wibracje były tak silne, że wydawało się, iż wahadłowiec rozpadnie się zaraz na kawałki. Znajdowali się w punkcie Max Q, szczytowym momencie turbulencji, i Vance oznajmił, że zmniejsza ciąg głównych silników. Za niespełna minutę powinien ponownie włączyć główny ciąg. Mijały kolejne sekundy, hełm grzechotał wokół jej głowy, siła wznoszenia dławiła ją niczym jakaś nieustępliwa dłoń i nagle poczuła, że ogarniają lęk. Dokładnie w tym momencie wznoszenia wybuchł Challenger. Zamknęła oczy i przypomniała sobie symulację sprzed dwóch tygodni. Zbliżali się do punktu, w którym podczas ćwiczeń wszystko zaczęło się sypać, kiedy musieli wstrzymać misję i wracać do miejsca startu, a potem Kittredge stracił panowanie nad wahadłowcem. To był najbardziej krytyczny moment podczas całej procedury startowej. Mogła tylko mieć nadzieję, że rzeczywistość okaże się bardziej łaskawa od symulacji. Jack stał ze wzrokiem utkwionym w promie i sercem podchodzącym do gardła. Słyszał ryk rakiet stałopaliwowych, wypluwających z dysz dwie bliźniacze fontanny ognia. Rysowany przez lśniącą stalówkę promu strumień gazów wylotowych powoli wznosił się w górę. Otaczający go tłum bił brawo. Wszyscy uważali, że start był idealny. Jack wiedział jednak, że jest jeszcze mnóstwo rzeczy, które mogą nawalić. Z przerażeniem uświadomił sobie, że przestał liczyć sekundy. Ile upłynęło czasu? Czy przeszli przez punkt Max Q? Osłonił oczy przed porannym słońcem, próbując dostrzec Atlantis, ale widział tylko gazy wylotowe. Ludzie zaczęli rozchodzić się do samochodów. Jack nie ruszał się z miejsca, czekając na najgorsze. Ale nie zobaczył straszliwej eksplozji ani czarnego dymu. Koszmar nie spełnił się. Atlantis bezpiecznie oddalił się od ziemi i szybował teraz w przestrzeni. Jack czuł, jak po jego policzkach płyną łzy, lecz nie chciało mu się ich otrzeć. Płacząc, wpatrywał się nadal w niebo, na którym tylko rozwiewający się ogon dymu świadczył o wniebowstąpieniu jego żony.

Trzymam kciuki

wrzesień 21st, 2008

Wzięła głęboki oddech, przygotowując się na długie czekanie. Jack siedział na plaży i patrzył na wschodzące słońce w parku przy molu. Nie był sam. Gapie gromadzili się tu od północy. Niekończący się sznur samochodów wlókł się Bee Line. Niektórzy skręcali na północ, w stronę rezerwatu dzikiej przyrody na Merritt Island, inni przejeżdżali Banana River, kierując się do miasteczka Cape Canaveral. Każde miejsce oferowało dobry widok. Tłum na plaży był w radosnym nastroju, rozkładano piknikowe ręczniki i kosze. Jack słyszał wybuchy śmiechu, muzykę z tranzystorów i marudzenie zaspanych dzieci. Otoczony świętującym tłumem, samotnie zmagał się z dręczącymi go obawami. Kiedy słońce stanęło nad horyzontem, spojrzał na północ, w stronę wyrzutni. Emma była teraz na pokładzie Atlantis, przypięta pasami, i czekała na start. Podekscytowana, szczęśliwa i trochę wystraszona. To zły człowiek, mamo usłyszał za plecami dziecinny głos. Obejrzał się i zobaczył za sobą małą dziewczynkę. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, mała blond księżniczka i nieogolony, potargany mężczyzna. Potem matka złapała małą w ramiona i zabrała ją szybko w bezpieczniejsze miejsce. Jack skrzywił się, potrząsnął głową i ponownie zwrócił wzrok na północ. Ku Emmie. W sali kontroli lotu zapadła zdradliwa cisza. Do końca odliczania zostało dwadzieścia minut ? nadszedł moment, by ostatecznie potwierdzić start. Wszyscy kontrolerzy na zapleczu zakończyli przegląd podzespołów i teraz decyzja należała do specjalistów siedzących w głównej Sali. Carpenter zaczął ich spokojnym głosem odpytywać. Zadawszy wszystkim to samo pytanie i od wszystkich uzyskawszy pozytywną odpowiedź, Carpenter skinął głową. Emma zamknęła osłonę hełmu i włączyła dopływ tlenu. Dwie minuty do startu. Odizolowana w kokonie kombinezonu, mogła tylko liczyć sekundy. Czuła drżenie głównych silników, ustawianych przez żyroskopy w pozycji startowej. T minus trzydzieści sekund. Elektryczne połączenie z obsługą naziemną zostało odcięte i kontrolę przejęły komputery pokładowe.

Skupienie

wrzesień 21st, 2008

Oderwał wzrok od ekranu i ponownie skupił uwagę na siedzących przy konsolach szesnastu kontrolerach lotu. Choć znał każdego członka zespołu z imienia, zwracał się do nich, używając nazwy stanowiska, skróconego do jedno- lub dwusylabowych sygnałów wywoławczych. Kontroler naprowadzania ochrzczony został mianem GUIDO, kontroler łączności ? CAPCOM, inżynier zespołów napędowych ? PROP, kontroler trajektorii ? TRAJ. Lekarz lotu otrzymał dźwięczny kryptonim SURGEON, a sam Carpenter występował pod kryptonimem FLIGHT. Odliczanie weszło w fazę T minus 3 godziny. Misja nadal nie miała opóźnienia. Carpenter włożył dłoń do kieszeni i potrząsnął kluczami. Był to jego prywatny rytuał, którym odczyniał urok. Nawet inżynierowie mają swoje przesądy. Niech nic nie nawali, pomyślał. Nie na mojej zmianie. Jazda astrovanem z budynku procedur operacyjnych i kontrolnych na wyrzutnię 39B trwała równo kwadrans. W mikrobusie panowała dziwna cisza, nikt się nie odzywał. Jeszcze pół godziny temu, podczas zakładania kombinezonów, w żartach i śmiechu załogi brzmiał ten ostry elektryczny ton, który słychać, kiedy zjadają kogoś nerwy. Napięcie rosło od momentu, gdy obudzili się o wpół do trzeciej i zjedli na śniadanie tradycyjne jajka ze stekiem. Podczas odprawy, kiedy zapoznano ich z prognozą pogody, a potem w trakcie ubierania się i rytualnego pokerowego rozdania, gdy sprawdza się, kto dostał najlepsze karty, wszyscy byli trochę zbyt głośni i pogodni. Nadrabiając miną, jedni drugim starali się dodać otuchy. Teraz jednak umilkli. Mikrobus zatrzymał się. Nigdy nie myślałem, że rumień od pieluszki będzie należał do zagrożeń naszego zawodu mruknął siedzący obok Emmy Chenoweth. Emma nie mogła powstrzymać śmiechu. Pod workowatymi kombinezonami wszyscy mieli założone pieluchy dla dorosłych: do startu zostały im jeszcze trzy długie godziny. Z pomocą pracowników wyrzutni wysiadła z mikrobusu i przez chwilę stała w miejscu, wpatrując się w oświetlony reflektorami trzydziestopiętrowy prom. Kiedy ostatnim razem odwiedziła wyrzutnię, słyszała tylko szum wiatru i ptaki. Teraz ożył sam statek kosmiczny: pomrukiwał i ział kłębami dymu, niczym obudzony ze snu smok. Wjechali windą na poziom 195 i wyszli na metalową kratę pomostu. Wciąż trwała noc, ale mrok rozjaśniały reflektory wyrzutni i Emma prawie nie widziała nad głową gwiazd. Czekała na nich czarna przestrzeń. Technicy w kombinezonach ze specjalnej, niestrzępiącej się tkaniny pomogli im przejść przez luk ze sterylnie białego pomieszczenia do środka wahadłowca. Pierwszych posadzono w fotelach dowódcę i pilota. Emma, której wyznaczono miejsce na dolnym pokładzie, weszła ostatnia. Siedząc na wyściełanym fotelu, w hełmie na głowie i zapięta pasami, podniosła w górę dwa kciuki. Po chwili luk zamknął się, odcinając załogę od zewnętrznego świata. Emma słyszała, jak bije jej serce. Słyszała jego uderzenia przez gwar rozbrzmiewających w słuchawkach głosów, poprzez pomruki i szmery budzącego się do życia promu. Jako pasażerka nie miała w ciągu następnych dwóch godzin zbyt dużo do roboty: mogła tylko czekać i medytować. Wszystkie czynności przedstartowe wykonywała załoga. Z miejsca na dolnym pokładzie Emma nie widziała nic poza przestrzenią ładunkową i spiżarnią.